sobota, 22 sierpnia 2015

005. Escape.

            Prawdę mówiąc, nie wiem czy Harry przyszedł do mnie wieczorem, czy też nie. Najwidoczniej zasnęłam, bo nie pamiętam nic co działo się po godzinie 17:30, a miałam obudzić się gdy on przyjdzie. A może po prostu był, ale nie chciał mnie budzić bo bał się jak zareaguję? W sumie to nie dziwię mu się. Też bałabym się dziewczyny z psychiatryka. Psychopatki.
Otworzyłam oczy i usiadłam niechętnie na łóżku po kilku minutach bicia się z myślą wstać czy nie wstać i przetarłam delikatnie oczy piąstkami, by ich nie podrażnić. Mimo mojej ostrej natury, miałam bardzo delikatną cerę i ogólnie ciało. Zwykłe uderzenie o szafkę powodowało wielkiego siniaka, który zostawał ze mną przez kilka tygodni, ale nie przeszkadzało mi to. Nie zwracałam na to nawet uwagi podczas codziennych czynności. Czasem tylko siadałam na parapecie, liczyłam rany i siniaki, a potem zdrapywałam strupy, patrząc jak z niektórych leci mi krew, a inne po prostu zanikają.
Dostrzegłam na toaletce coś małego, jakby liścik. Wstałam powoli z łóżka marszcząc brwi i podeszłam do mebla, biorąc w swoje drobne, blade dłonie karteczkę, która na prawdę była liścikiem.

Viviene, przepraszam, że nie przyszedłem zanim zasnęłaś. Tak słodko spałaś, więc nie chciałem cię budzić. Przyjdę jutro (lub dzisiaj, zależy kiedy to czytasz) i zabiorę cię na dwór!
p.s. Zakładaj trochę dłuższe spodenki x
H x

Mimowolnie uśmiechnęłam się pod nosem. Harry był człowiekiem sukcesu, człowiekiem, którego każdy chciał znać i podziwiać. Człowiekiem, który potrafił poprawić komuś dzień swoją osobą bez względu na to co zrobił lub czego nie zrobił. Był chłopakiem, o jakim śniły wszystkie dziewczyny w jego otoczeniu, lub te, które tylko go ujrzały. Oprócz mnie. Ja widziałam w nim nieznajomego, któremu byłam w stanie zaufać, ale nie miałam pewności, czy na pewno mogę to zrobić, co tego będę miała i jak to wpłynie na moje dalsze życie.
Odłożyłam karteczkę. Byłam pewna, że Harry kłamie. Nikt bez powodu by mnie nie wypuścił nawet z własnego pokoju, a co dopiero miałby zaufać obcemu facetowi i wypuścić psychopatkę na zewnątrz? Nonsens. Od razu wiedziałam, że on sobie po prostu żartuje, lub próbuje stworzyć w moim mózgu komorę o nazwie złudne nadzieje i marzenia stworzone przez ludzi niewartych zaufania, której on byłby królem i panem.
Pokręciłam powoli głową i podeszłam do szafy, wyjmując szare dresy i białą koszulkę, a także czystą bieliznę i poszłam do łazienki by się przebrać. Zdjęłam piżamę i brudną bieliznę, którą włożyłam do kosza na pranie i po raz kolejny zmierzyłam się ze swoim pełnym odbiciem w lustrze. Pokręciłam głową i szybko się ubrałam, po czym umyłam zęby i przeczesałam włosy. Wsunęłam stopy w swoje ciepłe bambosze i poszłam w stale oblegane przeze mnie miejsce, czyli mój parapet. Usiadłam na materacu i okryłam się szczelnie kocem, opierając o poduszkę. Wyglądałam przez okno obserwując pustą przestrzeń przed psychiatrykiem. Jedynie samotne drzewo rosło tuż przy moim oknie. Zasadzono je w dzień mojego przyjazdu tutaj. Za każdym razem, gdy pojawia się tu nowa osoba, wolontariusze lub ogrodnicy sadzą nowe drzewo, drzewko lub kwiatek w naszym ogrodzie. Tak świętują nasz przyjazd, bo sami nie jesteśmy na tyle zdrowi by świętować go razem z nimi.
Po chwili rozmyśleń usłyszałam pukanie do drzwi, po czym zgrzyt i pukanie wszystkich zamków. Spojrzałam w stronę drzwi, gdzie akurat pojawiła się moja "opiekunka" wraz ze śniadaniem i lekami.
- Dzień dobry, Viviene - powiedziała uśmiechając się jak zwykle szeroko. Jej uśmiech był tak bardzo nieszczery jak miłość milionera i młodej kobiety. Postawiła tacę na moim stoliczku przy ścianie, przy którym stał taboret, na którym siedział Harry przy naszej pierwszej rozmowie. Aż zachciało mi się wymiotować myśląc o nim, lecz nie z odrazy, wręcz przeciwnie. Budził we mnie dziwne uczucia, których nie byłam w stanie wytłumaczyć.
- Tak, dzień dobry - odpowiedziałam obojętnie i spojrzałam znów w okno by powrócić do poprzedniej czynności, czyli obserwacji otoczenia przez kratę w oknie własnego pokoju. Zdążyłam zapomnieć jak wyglądał mój stary pokój. Nie wiem jakie pokoje mają teraz dzieci, nie potrafię wyobrazić sobie tych wszystkich kolorowych zabawek, ubrań, pokoi. Dzień po dniu zapominam o swoim dzieciństwie i o tym, jak wspaniałe ono było.
Po chwili kobieta wyszła, a ja znów zostałam sama. Przyzwyczaiłam się do ciągłej samotności. Ani to, ani ciemność mi nie przeszkadzały. Nie bałam się duchów, potworów, ani niczego z tych rzeczy. Można powiedzieć, że ciemność to moje drugie ja.
W końcu podniosłam się i podeszłam powoli do stolika, siadając na stołku. Spojrzałam na przeciętne śniadanie, czyli miska płatków z mlekiem, kanapka z serem i pomidorem oraz szklanka ciepłego kakao. Takie posiłki przypominały mi o domu. Za każdym razem wracałam do wspomnień, ale od niedawna zaczęłam pamiętać co raz mniej z tych beztroskich dni, jakby moja podświadomość chciała zabrać mi ostatnie pamiątki po domu i rodzinie.
Zjadłam powoli swoje śniadanie dokładnie przeżuwając każdy kawałek kanapki, lub każdą delikatnie rozmoczoną kulkę czekoladową, po czym popiłam to wszystko kakałem, połykając uprzednio pastylki.
Usiadłam z powrotem na parapecie, okrywając kocem szczelnie, by było mi ciepło. W pokojach, a przynajmniej w moim było chłodnawo, co można było odczuć doskonale na tak delikatnej skórze jak moja. Westchnęłam cicho i zamknęłam oczy, myśląc o tym, jak byłoby gdybym stąd w końcu wyszła i zaczęła normalne życie, znalazła sobie kogoś i w bliskiej przyszłości założyła rodzinę. Nawet nie zauważyłam, gdy moje powieki zatrzasnęły się szczelnie, a ja odpłynęłam w błogi sen.

Siedziałam na kanapie, oglądając program kulinarny i gładząc delikatnie wystający brzuszek, gdy usłyszałam dźwięk otwieranego zamka. Spojrzałam w stronę drzwi od naszego mieszkania. Harry wszedł do środka z dwoma torbami zakupów, uśmiechając się do mnie szeroko. Wstałam powoli uważając na brzuch i podeszłam do swojego męża.
- Już jesteś kochanie, podgrzeję obiad i zjemy, dobrze? Lily domaga się jedzenia - zaśmiałam się cicho patrząc w jego idealnie szmaragdowe tęczówki.
- Idź, odpocznij a ja się wszystkim zajmę - powiedział, po czym ucałował moje czoło, a ja poszłam do salonu, rozkładając się znów na kanapie. Harry był najwspanialszym mężem na świecie. Traktował mnie jak królową, dbał o mnie jak o wszystkie skarby świata, okazywał mi miłość na każdym kroku i był w stanie zrobić dla mnie na prawdę wszystko.
Po kilku minutach Harry wszedł do naszego salonu z dwoma porcjami spaghetti. Uśmiechnęłam się lekko, po czym usiadłam, gdy Harry postawił przede mną talerz.
- Smacznego kochanie - pochylił się by ucałować moje usta, ale w tym samym czasie zastygł w miejscu, a z jego ust wylała się krew. Po chwili upadł na podłogę, a przed sobą ujrzałam mojego ojczyma, który wbił w mój brzuch nóż. Z moich ust wydostał się przeraźliwy krzyk, a przed oczami pojawiła się ciemność...

Usiadłam szybko prosto, prawie spadając z parapetu, oddychając niespokojnie. Automatycznie złapałam się za brzuch, czy aby przypadkiem nie krwawię. Odetchnęłam głęboko i rozejrzałam się nerwowo po pokoju, ocierając pot z czoła. Oparłam się po chwili o poduszki oparte na ścianie, po czym zamknęłam oczy oddychając głęboko i starając się unormować oddech i uspokoić się.
Gdy po kilku minutach w końcu udało mi się ograniczyć niepokój do poziomu zero, przeczesałam włosy ręką i odetchnęłam głęboko. Wyjrzałam za okno, słońca nie było już po tej stronie, co oznacza, że było południe, lub już nawet po. Spojrzałam w stronę stolika i ujrzałam talerz z zupą i herbatę, czyli nie myliłam się. Spojrzałam jeszcze na zegarek, który wskazywał godzinę 13:48 i zeszłam z parapetu, kierując się w stronę stolika. Usiadłam na stołeczku i zabrałam się za posiłek, rozmyślając o moim śnie i jego znaczeniu. Ja i Harry jako szczęśliwa rodzina, dziecko i mój ojczym. Najbardziej nie rozumiałam tej ostatniej części. Po co on miałby zabijać mojego męża, kimkolwiek on by był i przede wszystkim mnie. Przecież nie jestem wcale taka zła, prawda? Nie zrobiłam nikomu krzywdy i na razie nie zamierzam, a przynajmniej tak mi sie wydaje.
Zanim zdążyłam dojść do punktu kulminacyjnego całej zagadki mojego snu, do drzwi rozległo się pukanie. Uśmiechnęłam się lekko, mając nadzieję, że to Harry i oczywiście miałam rację, bo po chwili burza loków pojawiła się w moim pokoju, od razu rażąc swoim pięknym, białym uśmiechem. Jego loczki jak zwykle były porozrzucane we wszystkie strony świata, tworząc artystyczny nieład na jego głowie. Chodzącą sztuka.
- Dzień dobry, Viviene i smacznego - usiadł na moim łóżku, dokładnie mnie obserwując. Czułam jego spojrzenie na mnie. Wywróciłam lekko oczami rozbawiona jego pozytywną energią.
- Hej Harry i dziękuję - uśmiechnęłam się do niego przelotnie i połknęłam leki, dopijając przy tym swoją herbatę. Spojrzałam po chwili na niego i odchrząknęłam cicho, bo mój głos nieużywany już trochę, musiał przywyknąć do nowo rozpoczętej rozmowy. -Więc um... Zabierasz mnie dziś na zewnątrz? - zapytałam cicho chcąc przerwać niezręczną ciszę między nami, która powstaje na wskutek braku tematu.
- Tak, cieszysz się? - powiedział uśmiechając się szeroko, a w jego policzkach pojawiły się urocze wgłębienia nazywane dołeczkami. Widać było podekscytowanie wypisane na jego twarzy. Taka mała rzecz a jak cieszy. Mogłam się domyśleć, że Harry kocha uszczęśliwiać innych ludzi, powodować u nich radość i uśmiechy na ich twarzach. Byłam tylko kolejną osobą, którą on chciał zmienić na lepsze, by postrzegała świat w innych kolorach, nauczyła się odróżniać dobro od zła, poznała inne uczucia różne od odrzucenia, smutku, rozczarowania, niechęci i przede wszystkim zła na innych i na to, co ją spotkało. Taką właśnie osobą jestem ja i Harry chce sprawić, że zmienię swój światopogląd.
- Tak, czemu nie. Dawno nie byłam na zewnątrz - powiedziałam wstając powoli i podeszłam do parapetu. Oparłam łokcie na materacu i podparłam brodę na dłoniach. -Jaki jest śnieg? - zapytałam po krótkiej chwili ciszy.
- Cóż... – Harry podszedł do parapetu i przybrał taką samą pozę jak ja. - Śnieg jest bardzo zimny i topi się gdy go dotkniesz, bo twoja skóra jest ciepła - wytłumaczył uśmiechając się błogo.
Czasem był taki tajemniczy, potrafił robić dobrą minę do złej gry i nie dało się po nim wywnioskować jaki ma dziś humor, czy jest zły, czy obojętny. Taki właśnie był Harry i to najbardziej w nim podziwiałam. Wytrwałość, umiejętność maskowania emocji, cierpliwość, a także to, że mimo wszystko potrafił cieszyć się życiem.
- Jak on smakuje? - zapytałam. Czułam się jak dziecko, które dopiero co poznaje świat. Jakbym wróciła znów do dzieciństwa, wypytywała mamę o wszystko, próbowała wszystkiego na własną rękę i śmiała się, gdy ktoś powiedział majtki. Uważałam to, za najśmieszniejsze słowo świata.
Uśmiechnęłam się mimowolnie wracając myślami do czasów dzieciństwa. Czasem chciałabym ponownie tam wrócić, przeżyć wszystko od nowa i nie pozwolić mojej mamie zgodzić się na wyjazd, symulując chorobę, by nic się im nie stało.
- Smakuje tak, jakbyś piła wodę, ale strasznie zimną. Czasem smakuje brudem z ulicy, czasem siuśkami zwierząt lub nawet ludzi - westchnął cicho. - Ludzie nie szanują piękna zimy, świąt. A to najpiękniejszy czas w życiu każdego z nas - wyprostował się leniwie. - To co, idziemy? - zapytał, a na jego twarzy pojawił się duży uśmiech.
Kiwnęłam głową i podeszłam do drzwi czekając cierpliwie, aż Harry mnie wypuści.
- Musisz trzymać się blisko mnie i najważniejsze, masz się słuchać, bo inaczej nigdy w życiu cię już nie wypuszczą, jasne? - zapytał, na co znów kiwnęłam głową. Harry otworzył drzwi i puścił mnie pierwszą.
Po raz pierwszy od jakiegoś czasu widziałam nasz szpitalny korytarz pełen wolontariuszy i pacjentów. Uśmiechnęłam się lekko idąc za Harry'm. Obserwowałam ludzi, którzy byli już prawie zdrowi i mogli sami poruszać się po korytarzu. Zaprowadził mnie do pokoju, w którym były jego ubrania.
- Tutaj mam dla ciebie kurtkę, buty, czapkę, szalik i rękawiczki - wskazał na krzesło obok, po czym sam zaczął się ubierać.
Kiwnęłam głową w podziękowaniu i ubrałam się powoli, po czym przejrzałam się w lustrze.
- Okej, możemy iść. Wyglądasz ślicznie- powiedział, po czym złapał mnie za rękę.
Pokierowaliśmy się do głównych drzwi. Moje serce zaczęło szybciej bić. Po chwili poczułam na swojej skórze zimne, orzeźwiające powietrze. Odetchnęłam głęboko, nabierając mroźne powietrze do płuc.
- O Boże, Harry... J-Jestem na dworze? - zapytałam nie wierząc w to co mówię. Cały czas myślałam, że to tylko sen, zaraz się obudzę i wszystko wróci do szarej normalności jaką jest moje życie. Pisnęłam cicho i pobiegłam w śnieg od razu wpadając w zaspę. Zaśmiałam się rzucając śniegiem. Nie mogłam uwierzyć w to, że w końcu wyszłam ze swojej ciemnicy i doszłam aż tutaj. Harry podbiegł do mnie i usiadł obok mnie. 
- Spójrz, mała - uśmiechnął się i zgniótł trochę śniegu w dłoniach, z czego powstała mała kulka. Podał mi ją i odsunął się kawałek. - Rzuć nią we mnie - jego twarz ozdabiał jak zwykle piękny uśmiech.
Popatrzyłam chwilę na kulkę i wystawiłam język na zewnątrz, nie zważając na protesty mojego nowego opiekuna i dotknęłam nim lodowej kulki, spotykając się z przyjemnym zimnem, które rozniosło się po moim ciele. Po chwili spojrzałam na Harry'ego, który aż łapał się za włosy. Zaśmiałam się cicho i rzuciłam w niego kulką, trafiając w jego kurtkę, po czym podniosłam się szybko i skryłam za najbliższym drzewem. Schyliłam się, aby ulepić kilka kulek, a po chwili poczułam uderzenie w ramię. Zobaczyłam Harry'ego zaledwie metr ode mnie z triumfalną miną i kilkoma kulkami w zapasie. Rzuciłam w niego ponownie i ruszyłam w dziki bieg do kolejnego drzewa śmiejąc się głośno. Jeszcze nigdy nie byłam tak szczęśliwa jak dziś.
Oberwałam kulką w plecy zanim zdążyłam schować się za dużym drzewem z drewnianą huśtawką zawieszoną na najgrubszym konarze. Zaśmiałam się cicho i ulepiłam kilka kulek, pociągając nosem. Wychyliłam się zza drzewa, by ocenić położenie Harry'ego względem pola bitwy. Trochę mi to zajęło, zanim dostrzegłam jego buty zza drzewa na drugim końcu podwórza. Zebrałam szybko kulki i pobiegłam w kierunku drzewa. Byłam co raz bliżej, aż w końcu wskoczyłam mu na plecy, wcierając śnieg w jego twarz. Śmiałam się głośno, trzymając jego pleców, by nie upaść, ale po chwili Harry zwalił mnie ze swoich pleców i zawisnął nade mną dysząc mi w szyję.
- Już nie żyjesz, mała - szepnął mi na ucho, na co się roześmiałam. Teraz miałam o nim mieszane zdanie. Był jak przyjaciel, brat, ale był zupełnie obcy i chciał pomóc mi się wyleczyć.
- Będę chora, Harry - oburzyłam się, wydymając dolną wargę. Patrzyłam na jego reakcję. Po chwili podniósł się i pomógł mi wstać. Skorzystałam z okazji i po raz ostatni uderzyłam go kulką, na co oboje wybuchneliśmy śmiechem.
- Chcesz się wyrwać w nocy? - zapytał cicho otrzepując mnie ze śniegu. Jakbym nie mogła zrobić tego sama...?
- Chcesz bym uciekła z psychiatryka wraz z tobą? - zapytałam dla pewności obserwując go uważnie. Był to okropnie zły pomysł, ale chciałam w końcu wyjść poza mury ośrodka, poczuć się jak prawdziwa dziewczyna w moim wieku, poznać kogoś... Harry pokiwał głową powoli i wzruszył po chwili ramionami patrząc na moją reakcję. - Ja...-zastanawiałam się jeszcze chwilę - Ale jak chcesz to zrobić? Mieszkam na najwyższym piętrze i nie mam krat w oknach.
- Teraz słuchaj uważnie, okej? - oparł się plecami o drzewo. - Ośrodek nie jest strzeżony, więc będę u ciebie, dopóki ta kobieta nie przyjdzie ostatni raz po naczynia z kolacji i kiedy pójdzie, ja wyjdę i nie zamknę drzwi. O północy wszyscy śpią, tak? - zapytał, a ja tylko pokiwałam głową w odpowiedzi. - Więc w takim razie sanitariusze też już przysypiają w swoich kanciapach. Najbliższy ich pokój znajduje się obok schodów po lewej stronie, a ty masz pokój na samym końcu po prawej stronie, więc tym bardziej cię nie zauważą i masz większą szansę - powiedział uśmiechając się szeroko dumny ze swojego planu.
- No dobrze, ale jak wezmę kurtkę i buty? - zapytałam czekając na odpowiedź.
- Jest już twoje, więc będziesz trzymać to w swoim pokoju w szafie -uśmiechnął się lekko, a ja tylko kiwnęłam głową w potwierdzeniu. Był bardzo inteligentny. Zastanawiało mnie to, jak długo główkował nad tym idealnym planem ucieczki.
- A co z monitoringiem? - zapytałam po chwili namysłu. Jeśli ucieknę, zobaczą to na monitoringu i rozpoczną pościg, albo wezwą policję i zamkną mnie w kiciu.
- Sprawdzają go tylko wtedy, gdy mają jakieś niedociągnięcia, wątpliwości w sprawie jednego pacjenta, lub gdy policja ich o to prosi - wytłumaczył zgrabnie. - Nic a nic ci nie grozi, Viviene, odstawię cię przed 6 i będzie dobrze - dodał po chwili uśmiechając się lekko. Pokiwałam głową powoli z uśmieszkiem na twarzy.
- Wchodzę w to - powiedziałam krótko i potarłam dłonie o siebie, zrobiło się na prawdę chłodno. Spojrzałam w niebo, słońce już powoli zachodziło, więc musiała być jakaś 16:00.
- Zimno ci? Chodź już, poproszę w kuchni o dwie gorące czekolady i grzejemy się przed kolacją - zaproponował podążając w kierunku drzwi wejściowych, szłam za nim posłuszna, wiedząc, że pewnie teraz cała ekipa obserwowała nas przez ekrany komputerów.
Weszliśmy do środka i otrzepaliśmy buty. Rozebraliśmy się ze swoich rzeczy, po czym poszliśmy grzecznie do mojego pokoju. Harry wstąpił jeszcze na chwilę do kuchni, więc ja miałam czas na to, by odłożyć mokre rzeczy na grzejnik i przebrać się w suche ubrania. Związałam włosy w kucyk i usiadłam na łóżku czekając na Harry'ego.
Po chwili wszedł do pokoju z dwoma kubkami wypełnionymi czekoladą i zamknął drzwi nogą. Podał mi jeden kubek i usiadł, opierając się o ścianę plecami.
- Wiesz co, Viviene? - zapytał zerkając na mnie kątem oka. Uniosłam brwi w geście, by kontynuował myśl. - Jeszcze nigdy nie spotkałem takiej dziewczyny jak ty. To niesamowite - zaśmiałam się cicho pod nosem, kręcąc głową w niedowierzaniu.
- Takiej dziewczyny? Psychopatki? - zakpiłam z niego cicho. Kto chciałby poznawać kogoś takiego jak ja. To aż żałosne.
- Nie, mała. Tak silnej, wspaniałej i pięknej dziewczyny jak ty... -szepnął kładąc dłoń na moim policzku. Potarł go kciukiem uśmiechając się do mnie czule. Nasze twarze dzieliły milimetry. Nie wiedziałam co się dzieje. Spanikowałam i odsunęłam się szybko, odwracając głowę. - Przepraszam, to nie było na miejscu - mruknął pod nosem, a ja tylko kiwnęłam głową. Napiłem się czekolady z kubka i westchnęłam. Czemu on chciał to zrobić? Byłam teraz rozdarta, bałam się, że zakocham się w nim, a on później zostawi, uważając to za zwykły błąd lub zabawę. Typowe, tylko ludźmi się nie bawi. My mamy uczucia, które łatwo zniszczyć i trudno naprawić.
Zanim zdążyłam się odezwać w sprawie niedoszłego czynu, do pokoju weszła Becky wraz z kolacją dla dwóch osób i moimi lekami. Zostawiła tacę i wyszła, uśmiechając się do nas lekko. Wstałam i usiadłam na swoim stołeczku, a Harry bez słowa usiadł na przeciwko mnie. Wzięłam swoją porcję twarożku ze szczypiorkiem i kromkę chleba. Mimo, iż mieliśmy jeszcze swoje kakao, dostaliśmy nowe, cieplejsze.
Dość szybko uwinęliśmy się ze swoimi porcjami. Harry po chwili przesiadł się na łóżko, a ja połknęłam leki popijając je ciepłym kakao. Usiadłam obok niego, wspominając sytuację sprzed kilkunastu minut. Między nami panowała napięta atmosfera a od ścian odbijała się głucha, grobowa cisza oznaczająca tylko to, jak bardzo nie mamy o czym ze sobą rozmawiać.
- Słuchaj... - Harry odezwał się po dłuższej chwili. - Nie chciałem by tak wyszło, zapomnijmy o tym, okej? - zapytał cicho, a ja tylko uśmiechnęłam się lekko, patrząc na dłonie Harry'ego. Wiedziałam, że ma tatuaże, bo widziałam kilka na jego nadgarstkach i dłoni, ale nie wiedziałam, czy ma ich więcej i jak one wyglądają. Sama chciałam mieć kiedyś tatuaże, ale nie wiedziałam dokładnie jakie i gdzie. Może coś związanego z zamknięciem, pustką, a potem z wolnością i niezależnością. Sama nie wiem. Odkąd pamiętam to zawsze byłam niezdecydowana.
Kiedy tylko Becky zabrała naczynia i opuściła mój pokój, Harry wstał i wziął swoje rzeczy, ubierając się powoli.
- Pamiętaj, o 11:50 widzę cię przy bramie głównej, będzie uchylona - powiedział na odchodne i wyszedł, zostawiając drzwi otwarte według naszego planu.
Na spokojnie wzięłam prysznic, by zmyć z siebie resztkę dzisiejszego dnia i ubrałam czarne jeansy i szara bluzę, po czym związałam włosy w warkocz i spojrzałam na zegarek. Miałam jeszcze całą godzinę, więc postanowiłam poczytać książkę, którą kilka dni temu zostawiła mi Becky w nadziei, że ją przeczytam. Ułożyłam się na łóżku wygodnie, rozpoczynając lekturę. Co chwila spoglądałam na zegarek by przypadkiem nie spóźnić się na spotkanie i nie przegapić jedynej takiej szansy. O 23:40 wstałam z łóżka odkładając książkę i podeszłam do krzesła przy kaloryferze by założyć kurtkę, buty, czapkę i rękawiczki. Odetchnęłam głęboko i wyszłam powoli z pokoju, rozglądając się. Czysto pomyślałam i podeszłam powoli do klatki schodowej, jak najciszej stąpając po schodach. Drugie piętro, pierwsze piętro, parter mówiłam sobie w myślach. Zeszłam z ostatniego schodka i rozejrzałam się, czy aby na pewno jest bezpiecznie. Podeszłam szybko do drzwi wejściowych i...i po chwili znalazłam się na zewnątrz. Uśmiechnęłam się szeroko i podbiegłam do furtki, wychodząc poza posesję psychiatryka. Uśmiechnęłam się szeroko, widząc Harry'ego czekającego przy drzewie. Podeszłam do niego szybko.

- No to co mała? Jedziemy do mnie? - zapytał uśmiechając się szeroko, a ja tylko pokiwałam głową, przystając na jego sympatyczną propozycję.

___________________________
Rozdziały będą teraz o wiele dłuższe :)
KOMENTARZE MIŁO WIDZIANE :))))
Pamiętajcie o zwiastunie, moim twitterzeaskutumblr i vine, oraz o wersji na wattpad.

Możecie śledzić newsy o fanfiction na asku i twitterze.


Pamiętajcie także by wpisać się do zakładki informowani i zajrzeć do zakładki kontakt, oraz facfictions.


Lots of love, olcia x


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Gwiazdeczki, dziękuję Wam za wszystkie komentarze, one mnie tak strasznie motywują, że nawet nie zdajecie sobie z tego sprawy. Kocham Was! ♥